Bezsenność
Dodatkowy tekst
Księga gości
 
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
O mnie
KurroHimenez
Słówko o mnie
Kim jestem?- nie wiem... Zapewne nikim... ale czy bycie kimś jest więcej warte... czysty chaos- ciało i umysł w permanentnej niezgodzie, zawsze przeciwko sobie
Zobacz mój profil
Notki
Trudno jest w nic nie wierzyć 2011-12-05
Codziennie dźwigasz brzemię tej pustej egzystencji
Znosząc ułomność swoją wzroku nie podnosisz
W przygiętych już kolanach czujesz ciężar klęski
Przegrywasz wszystkie bi
twy – litości nie prosisz…

Nadgarstki twoje noszą głębokie ślady ostrza
Sam ciernie sobie wrażasz szukając drogi końca
Nimi niczym posoka twe życie się
wysącza
Ty łzy dumnie skr
ywając toniesz w zimnych ciemnościach

Wykrwawić się nie mogąc trwasz w bólu zatracony
Przed tobą tylko piekło… raj sztabą wrota zawarł
Zabijasz swe pragnienia człowieku upodlony
Czas zbrodniarz pospolity nadzieję ci odebrał

Tak chciałbyś iść przed siebie, lecz głaz masz u swej szyi
On kark twój gnie do dołu, jak szkwał co zboże łamie
Opatrzność twym przekleństwem… walczyć z nią nie masz siły
Półtrupem tyś wśród żywych… śmiertelne nosisz znamię

Jak kwiat bez wody więdniesz, wyrwany nagle z ziemi
Już nie masz swego miejsca… w szarość wnet barwę zmienisz
Ginąc z wolna w milczeniu, czekasz tej jednej dłoni
Co w flakon włożyć ciebie zechce, chroniąc tak od agonii



Tak mniej jest ciebie w tobie… patrzeć w lustro nie możesz
Otwierasz piersi swoje, serce chcesz wydrzeć nożem
Cóż ci po nim człowiecze skoro tyś tylko karłem
Swym pokurczonym ciałem nie sięgniesz baśni żadnej


... do A. 2011-09-03
Jesień przyszła tak nagle...
Z wieczora…
Garścią smutku rzuciła we mnie…
Zwątpień zmora…
Świadomość przemijania…
Przemijanie w świadomości…
Bezsilność trwania…
Trwanie w bezsilności…
Nie ulegnę…
Nie zlegnę…
Z maligny się wydobędę…
Usiędę…
Bo wiem, że Ty…
Utulisz mnie w swych ramionach
Choć na chwilę ze mną przysiędziesz
Ciepłem lata wietrzność pokonasz
… Przy mnie będziesz



Zdarzasz się jak modlitwa, którą pamiętałem
Wieczność całą w swym wnętrzu kryć ją musiałem
Jesteś jak ciepły sen… w podświadomości Cię noszę
Okrywam się Tobą jak kocem we wszystkie noce
… zostań
… nie odchodź


... burza ... 2011-08-25
Zmrok czernią jakby sztylet w jasność dnia się wdziera…
Świat w ciemnościach utonął, półcienie myśli mącą…
Świadomość Twej absencji serce mi wydziera…
Tęsknota ciągle żywa w przepaść smutku strąca…
Bezmiarem tego braku otulam się Miła…
Traci barwę me ciało, amorficzność czuję…
Klepsydrę życia swego odwrócić chcąc siłą…
Z błędami swych wyborów z łzami się mocuję…
Wyważam czasoprzestrzeń, która jest mą zgubą…
Tak chciałbym być tytanem, by mierzyć się bogami…
Wyrwać im swoje życie uściskiem nagich ramion…
Odwagę mieć tak wielką, by jawę zamienić z snami…

…………………………………………………………………………………………

Mdła woń odchodzącego lata w powietrzu gdzieś zwisła …
W butelce zamknąłem wieczór bez Ciebie zapisany
Mgły szczyptę przedwieczorną, co nad polanę przyszła
Cichutki koncert świerszczy w zroszonej trawie grany
Huczenie nocnej sowy w koronie drzew schowanej
Gasnące z wolna słońce purpurą chmurniejące
W kształcie uśpionych brzezin wiatru harce niemrawe
I pustkę w mojej duszy bez Ciebie wciąż błądzącej




………………………………………………………………………………………….

Jestem jak stara książka, w zmarszczonej obwolucie
Stworzona głębią nocy w zachwytach… uniesieniu…
Zamknięte w niej są treści, historie, miejsca, ludzie…
Wklejony promyk światła pomocny w zrozumieniu…
Dumny bywał jej Stwórca dając jej życia tchnienie
Wydawca bestsellerem okrzyknął przed wydaniem
Tymczasem pusta półka i kurz jej przeznaczaniem
Kilka skruszonych kartek, rozdartych przeglądaniem
Szarzeją jej stronice w pragnieniu oczu jednych
Litery wewnątrz blakną łaknące wyszeptania
Oprawa łka cichutko w czekaniu dłoni ciepłych
Lecz tylko mól jedynie w jej środku ślad zostawia……

2011-08-10
Nocny wiar znów pozbawił mnie snu
Wyrwał pióro z nagich skrzydeł anioła
W swych objęciach w otchłań nieba je niósł
Lecz utrzymać w górze nie zdołał
Spadło nagle jak ranny ptak
W niepokoju spienione morze
Chociaż wicher lekkość mu dał
Wydrzeć z ramion kipieli nie może
To co w chmurach winno tkwić bezkreśnie
Gdzieś w odmętach swoją zwiewność zgubiło
Ginie w chłodzie, bez barw, bezszelestnie
W szarą maź się bezw
olnie wtopiło

2011-06-16
Na schodach Twych zostawiam buty
Zużyte ...
Skrwawione stopy mam…
Brocząc, tracę grunt…
Agrafkami sznuruje usta…
Bez znaczeń są słowa…
Rozedrgane, poplątane dźwięczały by jedynie…
Jak kamfora pusta…
Uderzona wargami spragnionymi …
Szorstkością kaleczącą…
Nie dając ukojenia…
Bólem ćmiącym, przewlekłym sprawiałyby cierpienie…
Wżerając się jak sól w ranę…
Krzepłyby goryczą…
A jeszcze chwilę temu pieściły…
Łagodniały kaszmirowym szelestem…
Nie wierzę już im…
Zbrukane plugawością omamy…
Fałszywe gołębie niosące nadzieję…
Potoki wezbrane ciągnące truchło…
Snę snem sprawiedliwych…
Nie budźcie mnie nigdy…
Dziś wiem…
… Nie powinienem był nigdy się narodzić!!!
Jestem taki zmęczony
Chcę czarnej otchłani
W której nie słyszy się swych myśli…
Tak pragnę ciszy nicością opisanej…
Nie czuć już więcej…
Wyrwij proszę mi serce !!!
Niechaj już nie łopocze…
Niech się nie szamocze w obłędzie…
Niech sczeznę …
Niechaj w proch się zmienię…
Wiatrem tulony rozsypię się w przestrzeni…
Tyle właśnie znaczę…
… bez Ciebie
… bez siebie
… takiż jestem marny
… mizerny
… zawsze nikim byłem
… przyszedł czas umierania
... powoli
... w ciszy zupełnej

....... 2011-06-16
Przychodzę, by Cię spotkać…
Nie znajdując znikam cicho…
By powrócić tropem złudnej woni niespełnienia…
By pozostać…
Choć chwilę blisko…
Niemalże dotykając …
Beztroską…
Zapomnieniem…
Miłością…
I czekam by…
Nie odchodzić już nigdy…
Nie zawracać za zakrętem…
Nie błądzić….
Lecz usnąć w Twych objęciach…
I w nich się obudzić….
W twym spojrzeniu utopić…
Zakwitnąć zmysłowością…
Rozbłysnąć spokojem …
Wylać się euforią na zewnątrz…
Implodować szczęściem…
Dając Ci nowe dni…
Takie „dziś”, nie jutro, nie kiedyś
Byś go wymazać nie chciała…
Rubinowo-błękitne przestworze…
Skończone, nieprzerywane sny…
Być może…
Może być…
A może być nie może…
Hybrydy myśli …
Chimery zdarzeń…
… amnezja…
[ … tekst wyrwany]

....... 2011-05-14
Nie pragnę dziś słów
Okryłem się besłowiem
Świadomie …
Gdy ciało drży
W narkoleptycznym głodzie płonie
Nie pomoże mi nic
Tylko bliskość uśmierzyć ten stan może


O krok od obłędu
Na skraju wąskiej miedzy stoję
Bronię się…
Przed znienawidzeniem siebie…
Ze złością wyrywam myśli…
Depczę je z wściekłością
Gwoździami zabijam zmysły…
By ścichły… zamilkły…
Lecz nie wypełnię tej pustki…
Nie uleczę choroby „brakiem” zwanej…
Antidotum na nią w Tobie zapisane….

Świt co zmierzcham bywa... 2011-05-03
Gdy jasność dnia skrywa się za drzwiami
A zmroku czerń jak przedsionek snów
Za horyzontem marzeń zostajemy sami
Szukamy wzajem choćby paru słów
Nadzieję w pewność nagle przemieniając
Gubimy w gwiazdach wszelkie troski dnia
Dotyku światłem siebie znieczulając
W ramionach swoich wstrzymujemy czas
Przez krótką chwilę w niepamięci brodząc
Szeptu czułością zachwycamy świat
Bosymi stopy w łąk bezmiarze chodząc
W deszczu miłości co na głowę spadł


I chociaż wiem, że kiedyś już nie wzejdziesz
Nie przyjdziesz, przysłaniając się chmurami ze stali
W dal, gdzie już nie sięgnę bezpowrotnie odejdziesz
A świat jak zmurszały strop nagle się zawali
To głowę swą składam dziś na twych kolanach
Byś dłonie swoje w mych włosach nurzała
Trwać w takiej pozie będziemy do rana
Ten sen się skończy, wróci marność cała...




Bezsilność.... 2011-04-27
Twe słowa są jak ostry cierń
Niewiarą swą wykrwawiasz mnie
Jak tępą brzytwą serce tniesz
Bez znieczulenia, wolno tak, zabijasz je
Zamieniasz w ból…

Pozbawiasz tchu…
Zdławionym słowem tkam tą noc
Próżnym staraniem powleczoną

Bezsilności nań narzucam koc
Miłość swą utulę znieważoną


................................... 2011-04-25
Świt jaskrawą czerwienią otwiera me oczy
Szybę deszczem zbrudzoną refleksem ozłocił
Senną krainę marzeń muszę już porzucić
By w codzienności marnej znowu się utopić

Grzęznąc w chwili zadumy, rozdzierany ciszą
Smolistą, ranną kawę dopijam niemrawo
Zbyt długo moje uszy głosu Twego nie słyszą
Jednak we mnie jest spokój, nie grzeszę obawą

Wiec nie spotkałem Ciebie dzisiaj mój Aniele
Swą obecnością nie sprawiłaś cudu nawiedzenia
Taka tu pusto w koło, choć dzieje się tak wiele
Czas płynie niczym rzeka na błędnym czekaniu

Nagle na parapecie siada gołąb szary
W okno wzrok wlepia smutny, głos wydając z siebie
Nadziei pełen z krzesła gwałtownie się zerwałem
Lecz w dziobie nie miał „słowa” żadnego od Ciebie

Tak przecież dobrze jest… tak cicho
I tylko we mnie wiatr gra jak na smykach
Wtulam się w jego śpiew… w tej muzyce trwam
Szybuję z nim gdzieś w dal … tak się rozmywam
W oddechu jego zmęczoną chowam twarz
Byś nie widziała jak w oczach swych olbrzymi skrywam strach
Byś nie dostrzegła, że zbyt często brak mi sił
Zaciskam pieści swe, raniąc się do krwi

Życie nie goń już tak…
Na mnie poczekaj…
Doścignę czas…
Lub umrę w biegu…

… sam!?!

...................................Cie
bie pytam...................................................



Zobacz serwisy INTERIA.PL